Święta Rodzina odczytana inaczej

Patrz na ikonę. Czytaj Pismo. Kontempluj Słowo.

IMG_20160930_121027_HDR (2).jpg

 Dzisiejsza lektura ikony będzie nieco inna. Po pierwsze będzie to lektura „w kontekście”, a raczej w kalejdoskopie zmieniających się kontekstów bliższych ikonie i bliższych człowiekowi. Umieszczenie dzieła sztuki w jakiejś nietypowej przestrzeni pozwala na wydobycie z niego zupełnie niedostrzeganego dotąd potencjału. Inaczej przemawiają obrazy prezentowane w muzeum, a inaczej wybrzmiewa wystawa zorganizowana w starej, opuszczonej fabryce. Nasze konteksty ikony, która z natury jest pełna światła, również będą naznaczone nie mniejszym mrokiem niż opuszczona fabryka.

Po drugie, dzisiejsza lektura nie będzie odczytywaniem słowo po słowie, litera po literze, znak po znaku. Dzisiaj nie będziemy się wpatrywać w szczegóły, a raczej będzie nas interesowała ikona Świętej Rodziny w swojej ogólności. Być może takie odczytanie jest szczególnie stosowne, bo dzisiejsza lektura tak naprawdę jest szczególnie skierowana do tych, których wzrok jest mocno dotknięty ślepotą…

Więc zacznijmy.

Ikona Świętej Rodziny. Zgodnie z założeniami pomińmy szczegóły. Jesteśmy na nie zbyt ślepi. Nasz wzrok potrafi ledwo rozpoznać trzy postacie: dwie osoby dorosłe i jedno dziecko. Oczywiście każdy wie, że to Maryja, Józef i Jezus – rodzina doskonała (przecież święta). Ale jeśli święta to i taka, która może i powinna być naszym wzorem. I tutaj, na tym poziomie maksymalnej ogólności zaczyna się rozpościerać przed nami potężny ładunek teologiczny.

Otóż teologia ikony, by zachować jej wyjątkowy status, ale jednocześnie ustrzec nas przed idolatrią, zabrania nam widzieć źródła świętości w samej ikonie. Ikona nie jest idolem ani fetyszem zamieszkiwanym przez bóstwo. Nie jest talizmanem ani magicznym przedmiotem spowitym aurą tajemnej mocy. Jest natomiast oknem, co oznacza, że moc nie tkwi w niej samej, ale że ową przeogromną moc Bożą można dostrzec poprzez nią, ale jednocześnie też poza nią. Ikona od czasów starożytnych sporów ikonoklastycznych jest określana jako obraz, odnoszący się do Chrystusa. Chrystus z kolei jest „widzialnym obrazem niewidzialnego Boga”, przez co źródłowo ikona odnosi się do Boskiego archetypu.

Ikona Świętej Rodziny również mieści w sobie taką dynamikę odniesień. Co więcej, ta ikona w sposób szczególny odnosi się do Boga w Jego najgłębszej istocie. Nie jest bowiem przypadkowe, że ikona Świętej Rodziny przedstawia trzy postacie. Oczywiście odzwierciedla to fakt historyczny, ale nie o to tylko tutaj chodzi. Ikona przez swoją kompozycję zbudowaną z trzech postaci chce nam pokazać, że rodzina w ogóle (każda rodzina), nie jest jedynie wynikiem zewu natury, ewolucji, biologii i psychologii, ale że jest ona obrazem Trójjedynego Boga. W rodzinie realizuje się dokładnie ta sama tajemnica (oczywiście z zachowaniem odpowiedniej analogii), która jest nazywana wewnętrznym życiem Boga Trójjedynego. A tajemnica ta jest przeogromna.

Istnienie i odwieczne życie Trójcy świętej nie jest życiem trzech osobników, którzy są na siebie skazani. Nie jest też życiem dwóch brodatych mężczyzn i gołębia. Takie wyobrażenia niestety sprawiają, że w jakiś dziwny sposób nie potrafimy zrozumieć, dlaczego tych Trzech, jakkolwiek Ich sobie wyobrazimy, mają być Jednym?

Teologia natomiast tłumaczy wewnętrzne życie Trójcy na przykład w taki sposób (uwaga! Teraz będzie trochę teologicznie i metafizycznie „gęsta” atmosfera): Początkiem i źródłem całej Trójcy jest Ojciec. On jest Ojcem i zasługuje na takie miano, ponieważ ma Syna. Ojcem przecież każdy staje się dopiero w momencie, kiedy pojawia się potomstwo. Bóg jednak jest Ojcem odwiecznie, a to znaczy, że odwiecznie ma Syna. Ale to jeszcze nie jest wszystko. Teologia mówi, że On tego Syna „rodzi”. Nieustannie go „rodzi”. W języku teologicznym „zrodzić” oznacza dać istnienie z własnej istoty. Matka na przykład rodzi w takim sensie nie tylko, kiedy wydaje na świat dziecko, ale jest rodzicielką w momencie (w czasie), kiedy z jej ciała powstaje nowa istota, kiedy własne jej ciało udziela się tworząc ciało nowego człowieka. Ojciec odwiecznie rodzi Syna w ten sposób, że nieustannie oddaje mu swoją istotę. I co jest ważne, kiedy matka daje ciało swojemu dziecku, to daje mu cząstkę swojego ciała, i dlatego z dzieckiem nie stanowi jednej istoty (jednego ciała), a dziecko dlatego nie jest tożsame z mamą. Bóg Ojciec natomiast nieustannie zradza Boga Syna. A być Bogiem, to znaczy być nieskończonym, bezgranicznym, być totalnie wszystkim. To z kolei znaczy, że Ojciec rodząc Syna nie może Mu oddać jakiejś cząstki siebie. Ojciec jeśli chce zrodzić Syna, który jest Bogiem, musi dać Synowi wszystko co ma – włącznie ze swoim życiem i istnieniem. Musi On więc tak bezgranicznie kochać tego Syna, że w akcie rodzenia decyduje się powiedzieć: „Synu, Twoje istnienie jest dla mnie ważniejsze niż moje własne. Oddaję Ci moje życie, oddaję samego siebie, oddaję wszystko kim jestem. Kwestionuję swoje istnienie, żebyś Ty mógł być!”. Syn, który w taki sposób wszystko otrzymuje od Ojca, jest idealnie do Niego podobny. Jest dokładnie taki jak Ojciec, tak samo przepełniony wszechmocą i miłością. Więc On kontemplując ten bezgraniczny akt Ojca, który jest źródłem Jego (Syna) istnienia mówi do Ojca dokładnie to samo: „Ojcze, jesteś dla mnie wszystkim. Chcę abyś był. Nie wyobrażam sobie istnienia bez Ciebie. Oddaję Ci wszystko co mam i czym jestem. Kwestionuję swoje istnienie, żebyś Ty mógł być!”. Ten dialog bezgranicznej miłości trwa odwiecznie. Trwa poza czasem. Nieustanne oddawanie siebie między Ojcem i Synem są zasadą Ich istnienia. Tak bezgraniczna miłość sprawia, że to samooddanie pozwala istnieć w pełni Bóstwa im Obu! Co więcej, to samooddanie jest tak intensywne i pełne, że jest ich wspólną istotą, ich wspólnym „Ja” skierowanym na wspólny „Ty” – a tą wspólną istotę my nazywamy Duchem Świętym. On też nieustannie wypowiada: „chociaż jestem waszą wspólną miłością, wymianą waszych istnień tak gęstą, że sam z tej gęstości waszych tchnień jestem Osobą współistotną Wam, to jednak nie chcę tego istnienia zachować tylko dla siebie. Chcę, żeby to wasze wspólne istnienie trwało i przepływało i napełniało Was po brzegi. Z miłości do Was, kwestionuję swoje istnienie”. Tak więc jedna miłość jest wspólnym życiem i istnieniem Trzech.

Wróćmy teraz do ikony Świętej Rodziny. Widzimy na niej Maryję, która całkowicie zakwestionowała swoje życie, żeby jej Syn mógł być. Sama siebie nazwała służebnicą (niewolnicą) Pańską, ze względu na to, żeby On mógł być. Całe swoje życie poświęciła Jemu. W rodzinie przecież inaczej się nie da. Każda matka przecież oddaje po kawałeczku swoje życie dla swojego dziecka – aby ono mogło być. Podobnie Józef – oddaje totalnie wszystko. Oddaje swoje rozumienie tego, jak to może być, że Maryja poczęła bez niego. Oddaje swoją radość cielesności. Oddaje wszystkie swoje siły, żeby chronić małego Jezusa – Bo Józef chce, żeby On (Jezus) i Ona (Maryja) byli. Chce tego bezgranicznie aż po kwestionowanie swoich planów, pomysłów i pragnień. I w końcu Jezus – Zbawiciel. On od początku jest naznaczony znamieniem samooddania. Przecież On jest dokładnie tym samym Synem, o którym przed chwilą mówiliśmy w kontekście Trójcy. A to oznacza że On nie potrafi inaczej działać, niż oddając siebie całego dla drugiego „Ty”. I w swoim życiu ziemskim od samego początku żyje po to, żeby oddać siebie za każdego człowieka (również za Maryję i Józefa), aby oni byli!

Tym właśnie jest rodzina. Tak każda rodzina powinna wyglądać. I faktycznie każda rodzina w sposób naturalny wymuszą właśnie taką dynamikę. Jeśli zaś taka dynamika w rodzinie ginie, to rodzina gaśnie, a jej członkowie karłowacieją i marnieją. I w tym miejscu pojawia się pierwszy kontekst, który my sami w ostatnich dniach eksponujemy i manifestujemy… chodzi oczywiście o sławetne prawo kobiety do decydowania o sobie w sytuacji poczętego dziecka.

Chyba nie musimy już po powyższym opisie szczególnie wyjaśniać na czym polega okrucieństwo pozostawienia matce decyzji, albo mówiąc precyzyjniej, dlaczego tak ogromnym złem jest, kiedy matka, powołana do tego, żeby być odbiciem i odblaskiem Boga, robi coś zupełnie innego niż Bóg i mówi: „moje istnienie jest dla mnie tak ważne, że nie jestem w stanie się z Tobą nim podzielić. Tak bardzo kocham siebie, że nie chcę żebyś był!”. Aborcja jest jakby bezwzględnym włożeniem pręta w tryby nadające rytm istnienia rodzinie i każdemu jej członkowi z osobna. Ona niszczy wszystko! Nie tylko dziecko, ale niszczy też matkę i ojca.

I co jest ciekawe, w sytuacji, kiedy dziecko już jest na świecie (tzn. kiedy jest już po porodzie), to dostrzeżenie wskazanej tutaj analogii i jej piękna nie stanowi dla nas problemu. I wtedy bunt przeciw owej dynamice miłości w sposób jasny jawi nam się jako najwyższy skandal. Natomiast w czasie między poczęciem a porodem nasza ostrość widzenia drastycznie spada. Dlaczego? Ano dlatego, bo przecież nie mamy pewności, czy to dziecko w łonie to naprawdę dziecko (absurd tego zdania, które w środowiskach proaborcyjnych jest hołubione niczym dogmat naprawdę nigdy nie przestanie mnie zdumiewać). Bo być może jest to tylko embrion, płód, zlepek komórek… Więc w takim wypadku nie wiadomo, czy owa dynamika miłosnego życia Trójcy już zaczyna działać między rodzicami a owym „potencjalnym” dzieckiem. Spieszymy wiec z wyjaśnieniem.

Nawet jeśli przyjmiemy przewrotną antropologię i uznamy, że, jak to mówią niektórzy ludzie „tan zlepek komórek nie jest jeszcze człowiekiem”, to jednak ten zlepek komórek na pewno jest początkiem człowieka, jego potencjalnością. A więc ten „zlepek komórek” już i tak włączony jest w dynamikę rodzenia i dzielenia się miłością. Żeby się o tym przekonać, wystarczy tej dynamiki nie przeszkadzać. Wystarczy nie wypowiadać owych demonicznych słów: „nie chcę abyś był”, by ów „zlepek komórek” udowodnił kim jest w pełni w środowisku dynamiki nieustannego obdarowywania miłością. Wypróbuj to, a zobaczysz za kilka miesięcy, że ten „zlepek” to faktycznie Piotruś, Pawełek, albo Agatka itp.

Ponadto warto wsłuchać się w Słowo Boże, bo wtedy może się okazać, że Bóg też już ma wyrobioną opinie na temat owego „zlepka”. Pismo w kilku miejscach mówi na ten temat. Pierwsza Księga Machabejska mówi na przykład, że to sam Bóg stwarza i kształtuje nowe istnienie w łonie matki, tak, że nawet ona sama nie wie jak to się dzieje. Podobnie wypowiadają się Psalmy. To z kolei oznacza, że nowe istnienie w łonie matki istnieje właśnie dlatego, bo ma udział w tej dynamice wewnętrznego życia Boga – bo Ojciec wypowiedział do tego dziecka, które jeszcze jest w łonie: „chcę abyś był!”. Prorok Jeremiasz mówi jeszcze dosadniej, bo stwierdza, że kiedy jeszcze był w łonie matki (był zlepkiem komórek), Bóg już wybrał go, ustanowił i przeznaczył na to, by był Jego prorokiem. Cóż za niebywała dalekowzroczność Boga! Albo raczej, cóż za krótkowzroczność człowieka, który gdyba i się zastanawia! Ale najmocniejsze słowa w tym kontekście wypowiada chyba św. Paweł, mówiąc, że kiedy jeszcze był w łonie matki, Bóg wybrał go, żeby w nim objawić swojego Syna! Kiedy Paweł był jeszcze zlepkiem komórek, to Bóg już w nim widział swojego umiłowanego Syna – widział w nim pełnię piękna. Dosłownie rzecz ujmując widział w nim Chrystusa!

Właśnie takie spojrzenie na poczęte życie jest przyczyną tego szału miłości, albo jak to mówią inni „fanatyzmu” prawdziwych chrześcijan. Swoją drogą takiego fanatyzmu życzymy każdemu człowiekowi.

Co jednak to wszystko oznacza w kontekście ludzkim? Czy to oznacza, że to wstyd bać się o własne życie i że matka nie ma prawa ratować swojego życia jeśli to zagraża poczętemu dziecku? Żeby o tym się przekonać znowu musimy zmienić kontekst, na bardziej ekstremalny i bardziej codzienny i przyziemny. Oczywiście sytuacja kiedy matka chce poświęcić swoje życie dla ratowania dziecka jest bardzo szlachetna i godna podziwu. W takiej sytuacji matka niewątpliwie jest odbiciem i odblaskiem Boga. Jednak heroizm jest zawsze jakimś celem do którego należy dążyć, a nigdy nie może być jakimś narzuconym odgórnie nakazem, gdyż wtedy przestaje być faktycznym heroizmem. W momencie więc, kiedy życie matki jest zagrożone w związku z poczętym dzieckiem, to można i należy robić wszystko, żeby ratować matkę, nawet jeśli wskutek tego ratowania dziecko ucierpi lub nawet umrze. Nie można jednak celowo usunąć dziecka nawet jeśli zagraża życiu matki. Sytuacja jest więc bardzo skomplikowana. Jeśli dziecko zagraża matce, to nie można go usunąć ze względu na zdrowie i życie matki, ale można na wszelki sposób ratować matkę, nawet jeśli na skutek tego (ale nie umyślnie!) dziecko straci życie. Przykładowo, jeśli matka jest chora na raka, to może ratować swoje życie chemioterapią, nawet jeśli na skutek leczenia dziecko umrze. Lub jeśli jej choroba wymaga operacji, która może skończyć się uśmierceniem dziecka, to można podjąć taką operację. Nie można jednak umyślnie i celowo zabić dziecka, nawet jeśli śmierć dziecka miałaby gwarantować jej zdrowie. Śmierć dziecka jest dopuszczalna tylko jako skutek uboczny działania leczniczego.

Ta zasada jest związana z tym, że w świetle powyższych wyjaśnień związanych z życiem Trójcy i życiem Rodziny, człowiek nie ma prawa orzekać i decydować które życie jest ważniejsze. Ma jednak zawsze prawo i obowiązek ratować każde życie – zarówno matki jak i dziecka. Właściwie istnieje tylko jedna sytuacja, kiedy człowiek ma prawo ocenić i decydować czyje życie ocalić – jest to przypadek, kiedy człowiek wybiera między swoim i cudzym życiem: w takim przypadku ma prawo wybrać ocalenie życia cudzego (nigdy odwrotnie), gdyż to wpisuje się w dynamikę tego życia, które jest w Trójcy.

Zmieńmy jednak kontekst. Wyobraźmy sobie sytuację, w której dynamika wymiany miłości jest zachwiana od początku. Więcej nawet, wyobraźmy sobie, że ona nigdy nie zaistniała, albo na samym początki zamiast niej mieliśmy do czynienia z czymś zupełnie przeciwnym. Taką sytuacją jest niewątpliwie poczęcie na skutek gwałtu. Tutaj przecież od początku jest radykalne i brutalne wyrywanie cudzej egzystencji dla własnej przyjemności. Wydawać by się mogło, że poczęcie w takiej sytuacji jest jakimś błędem. Życie poczęte w kontekście skrajnego egoizmu i zaprzeczenia wszystkiego czym jest Bóg nie może przecież wymagać, żeby je podtrzymywać, bo jest ono przecież jednoznacznie owocem tej sytuacji, przez co jest z nią organicznie zrośnięte. I dokładnie coś takiego odczuwa matka. Sytuacja psychologiczna skrzywdzonej kobiety jest wręcz tragiczna. Właśnie ze względu na tak powiązane zdarzenia matka nosząca dziecko niejako przeżywa w czasie ciąży codzienny horror. Poczęte dziecko jest dla niej artefaktem traumatycznego zdarzenia i nie ma się co dziwić, że kobieta odczuwa noszone w swoim łonie dziecko jako pozostałości brudu pozostawionego w niej przez gwałciciela.

Zauważyć jednak w tym kontekście należy, że nigdy nie może mieć zastosowania zasada, która usprawiedliwiałoby kontynuację zła, że względu na własne tragiczne doświadczenie ze strony kogoś innego. Porządek moralny wydaje się domagać czegoś zupełnie innego. Tam gdzie zostało coś zniszczone, powinno się naprawiać. Tam gdzie zaistniał grzech (człowieczeństwo/przestrzeń ludzkiego życia), tam Bóg się wcielił.

Niestety z psychologicznego punktu widzenia sytuacja sama w sobie stawia opór. Niestety krzywda w sposób naturalny rodzi chęć odwetu. Zło rodzi zło. A w tym przypadku mamy do czynienia jeszcze z mechanizmem przeniesienia i projekcji. Matka przenosi całą swoją agresję na dziecko, bo jest ono kimś, kogo najłatwiej utożsamić ze sprawcą, obarczając je winą.

Jednak patrząc obiektywnie, to dziecko nie jest tożsame ze sprawcą. Z biologicznego punktu widzenia, chociaż jest ono z winowajcą spokrewnione (co patrząc z innego punktu widzenia jest być może dla dziecka większą krzywdą niż dla matki – w niej po urodzeniu dziecka zostanie ślad jedynie psychologiczny, a w dziecku całe jego ciało będzie nosiło owo znamię), to jednak nie jest z nim tożsame. To jest inna i niewinna osoba. Z metafizycznego punktu widzenia sytuacja jest jeszcze bardziej radykalna. Ze względu na zamknięcie (egoizm i złość ojca), jest ono całkowicie od niego oddzielone (nawet odrzucone). I tutaj dochodzimy do sedna. O ile zrozumiały jest ból skrzywdzonej matki, to warto zastanowić się także nad krzywdą dziecka. Przez poczęcie w sytuacji radykalnie pozbawionej miłości, dziecko od samego początku jest odrzucone, od samego początku istnienia jest w sytuacji przekleństwa ze strony najbliższych. Od początku jest ustawione w pozycji niechcianej i odrzucającej (odrażającej) rzeczy. I jedynie sprawiedliwy Bóg mówi do niego: „chcę abyś był”.

O ile więc warto wczuć się w sytuację matki, o tyle bardziej warto wejść w sytuację dziecka – sytuację skrajnej niesprawiedliwości, skrajnej pustki, i jakiegoś przerażającego upokorzenia utożsamiającego jego godność z wartością ujemną. Czy więc w takim kontekście człowiek jest w stanie tolerować taką niesprawiedliwość, czy raczej zgoda na aborcję ciąży z gwałtu jest jednak wynikiem braku wyobraźni i wrażliwości? Chrześcijańska odpowiedź na taką sytuację jest jednoznaczna: tam gdzie nie ma miłości, połóż miłość, a zdobędziesz miłość (św. Jan od Krzyża).

Ale rozpatrzmy jeszcze inny kontekst, gdyż zwolennicy tzw. „wolnego wyboru” który de facto odbiera wybór dziecku dyskryminując je, twierdzą, że są takie sytuacje, kiedy aborcja jest pewnym dobrem dla dziecka. Chodzi o szczególne przypadki aborcji eugenicznej. Szczególne, gdyż, nie chodzi o takie, w których może urodzić się dziecko niepełnosprawne, którego wychowanie i opieka nad nim będzie stanowiła większy trud dla rodziców. Takich przypadków nie będziemy rozpatrywać, gdyż to, co powyżej powiedzieliśmy o zasadzie życia, którą jest bezgraniczne dawanie miłości, tłumaczy tutaj wszystko. Chore dziecko po prostu wymusza jeszcze większą miłość od rodziców, więc jeszcze bardziej upodabnia rodzinę do Boga. Ucieczka od takiej sytuacji jest niewątpliwie wielkim złem. Natomiast ogromnym nieszczęściem jest, kiedy rodzice boją się zdecydować na taką trudną, piękna miłość.

Przypadek który warto poddać analizie dotyczył będzie sytuacji, kiedy dziecko nie ma szans na przeżycie. Postaramy się przeanalizować przypadek szczególnie jaskrawy i (uwaga!) drastyczny.

Wyobraźmy sobie sytuację, że dziecko poczęte jest dotknięte dużym stopniem niepełnosprawności. Że nie rozwinął się w pełni układ kostny tak, że dziecko nie ma nawet kompletnych kości czaszki itp. Załóżmy, że jest to tak ekstremalna sytuacja, że z medycznego punktu widzenia scenariusze są dwa:

  1. kobieta donosi ciąże do końca lub prawie do końca, po czym następuje poród, jeśli miałby on przebiegać siłami natury to nie ma szans na takie urodzenie, ponieważ dziecko zazwyczaj przoduje GŁÓWKĄ w kanale rodnym. (W przypadku tak dużych wad rozwojowych dziecko będzie odwrócone w poprzek, skośnie, albo pośladkami) A nawet gdyby jakimś cudem było skierowane główką w dół, to nie posiadając kości czaszki i twarzoczaszki, nie przeciśnie się przez kanał rodny, utknie w nim i położnik będzie musiał kleszczami po kawałku wyjmować części dziecka, bo nie będzie postępu porodu, albo:
  2. w trakcie trwania ciąży dochodzi do obumarcia płodu, co jest wysoce prawdopodobne, efektem może być zakażenie wewnątrzmaciczne i śmierć matki, krwotok i śmierć matki, cięcie cesarskie i śmierć matki, atonia macicy (czyli brak jej obkurczenia się) co jest jednoznaczne z wycięciem macicy i pozbawieniem tej kobiety szansy na kolejne zdrowe potomstwo, albo i też śmierć matki.

Sytuacja jest zatem ekstremalnie trudna. Oczywiście, chociaż chrześcijaństwo poniekąd w Objawieniu dotyka tajemnicy cierpienia, to jednak owo cierpienie pozostaje dla człowieka właśnie… tajemnicą, tak, że człowiekowi nie wolno nim swobodnie manipulować. W etyce chrześcijańskiej zabronione jest ratowanie życia za wszelką cenę jeśli nie ma perspektyw. Z tego względu Kościół sprzeciwia się uporczywej terapii paliatywnej. Śmierć przecież też jest tajemnicą w której człowiek spotyka Boga. Należy zatem również, tak jak staramy godzić się z cierpieniem, godzić się na godną śmierć. Nie oznacza to jednak nigdy, że można tę śmierć przyspieszać lub powodować.

Problem z naszą wrażliwością, która raczej skłania się do tego, żeby jednak zaoszczędzić cierpienia i skrócić życie dziecka być może wynika z tego, że nie znam ani wartości ludzkiego życia, ani wartości cierpienia, ani nie przeczuwamy do końca co znaczą Pawłowe słowa: „aby objawić Syna swego we mnie”. Być może jesteśmy na to wszystko zbyt mali. Być może nasze powołanie jest powołaniem które nas przerasta… Więc jak w takiej sytuacji powinni postępować chrześcijanie? Co powinni myśleć i jak odczuwać taka sytuację?

Po pierwsze powinni pamiętać o tym, jak na człowieka patrzy Bóg. Powinni mieć nieustannie przed oczyma to, co powiedzieliśmy o Trójcy i to, co wybrzmiało w słowach Pisma (Jeremiasz, Paweł). I właśnie z tego względu chrześcijanie wobec ogromu tego cudu jakim jest ludzkie życie, są zupełnie bezradni, kiedy to życie jest obarczone cierpieniem wymykającym się naszej władzy. Chrześcijanin nie zna takich okoliczności, względem których mógłby o cudzym życiu decydować. Chrześcijanin nigdy nie zgodzi się na pogląd, że negatywna wartość cierpienia jest większa niż pozytywna wartość życia. I to nie znaczy, że z upodobaniem patrzy na cierpienie. W takich sytuacjach przeżywa ogromne rozdarcie… W końcu chrześcijanin naprawdę nie potrafi porównywać wartości życia dwóch osób. Kryterium cierpienia jest tutaj dla chrześcijanina niewystarczające. Po prostu chrześcijanin nigdy nie zadecyduje, które istnienie jest ważniejsze. Bo chociaż sprawą oczywistą jest, że z biologicznego punktu widzenia, wartość życia matki tutaj jest w pewnym sensie większa, to jednak z metafizycznego punktu widzenia takiej oczywistości nie ma. Chrześcijanin boi się redukowania człowieka do biologii. I chrześcijanin nie potrafi absolutnie nikomu odebrać prawa do przeżycia chociażby jeszcze pięciu minut. Istota ludzka jest zbyt piękna, dokonała i wielka, żeby komukolwiek wolno było odebrać chociażby jedną minutę jego życia – nawet w przypadku, kiedy to życie naznaczone jest cierpieniem i nawet w przypadku, kiedy ten bezbronny człowiek nie ma kości czaszki. Chrześcijanin nigdy nie usunie takiego dziecka, bo to jest w jego odczuciu tak, jakby miał tej maleńkiej istotce powiedzieć: „słuchaj ze względu na Twój niedorozwój i Twoje cierpienie, Twoje życie jest niewypałem!”, Chrześcijanin tę malutką istotkę kocha w sposób nieskończony i jest w stanie oddać dla niej życie. Dla chrześcijanina ta istotka jest nieskończenie cenna, jest skarbem większym niż cały wszechświat. Dlatego chrześcijanin sam tego cudownego i bezbronnego dziecka nie zabije, nie wskaże kto mógłby je zabić, i co więcej, będzie to dziecko, które naprawdę kocha, chronił przed każdym, kto będzie chciał wyrządzić mu krzywdę. I tutaj nie chodzi o odbieranie prawa matce, albo o narażenie matki na cokolwiek. Chrześcijanin po prostu uznaje dokładnie równą wartość obu tych istnień (matki i dziecka) i jest totalnie bezradny i oszołomiony, kiedy ktoś mówi mu, że ma dokonać wyboru.

W przypadku konfliktu między dwoma istnieniami chrześcijanin nie może usunąć cudzego życia, które mu zagraża, ale może oddać swoje na rzecz innego życia. Wzorem życia chrześcijańskiego jest Chrystus, który oddał życie za człowieka, którego ukochał. I chrześcijanin też tak chce kochać – aż do oddania własnego życia. Ale chrześcijanin nie może tego samego wymagać od kogokolwiek i dla kogokolwiek. Więc chrześcijanin nie może powiedzieć matce, że ma poświęcić swoje życie i urodzić dziecko nawet jeśli w trakcie porodu umrze. Ale nie może też „powiedzieć” dziecku, że ma umrzeć przed porodem ze względu na życie matki.

Takie podejście do ludzkiego życia jest konsekwencją dogmatu o Trójcy. Jest konsekwencją Bożego spojrzenia na to, czym jest rodzina. I jest konsekwencją jednej z największych nowości danej nam przez Ewangelię, która zawiera się w tym, jak Bóg patrzy na człowieka. Przez setki lat ludzie „religijni” koncentrowali się na Bogu. Religia jest przecież ukierunkowaniem na Boga i jest posłuszeństwem Bogu. I tak jest w każdej religii. Ale w chrześcijaństwie wydarzyło się coś zupełnie niewiarygodnego. Bo Ewangelia pokazuje nam Boga, który absolutnie jest wpatrzony w człowieka. Ewangelia mówi o tak szalonej miłości Boga do człowieka, że ta miłość właśnie sprawiła, że Bóg sam stał się człowiekiem (zgodnie z Ewangelią – w łonie, w momencie poczęcia!), bo żadne ludzkie cierpienie nie było mu obojętne, bo chciał skosztować każdej ludzkiej goryczy, bo chciał być przy człowieku w każdej okoliczności jego życia, bo Bóg po prostu oszalał z miłości do człowieka. I w konsekwencji ten nieskończony Bóg w pewnym sensie zakwestionował nawet samego siebie dla miłości człowieka i oddał swoje własne życia dla nas (tak samo jak w Trójcy)! Ewangelia jest jedyną księgą religijną świata, która nie jest skoncentrowana na Bogu, ale na człowieku. Ona opowiada o Bogu, który ma obsesję na punkcie wartości człowieka. Jezus jest Bogiem, dla którego nie ma granicy jeżeli chodzi o ratowanie człowieka. Jest Bogiem, który nigdy nie ośmielił się przestać wierzyć w człowieka i nigdy nie stracił nadziei na ratowanie go…

Jest taka przypowieść w Ewangelii, w której Jezus opowiada na czym polega Królestwo Niebieskie. Mówi, że Królestwo Niebieskie podobne jest do drogocennej perły, którą ktoś znalazł. Po tym jak ją znalazł, sprzedał wszystko co miał, żeby tę perłę zdobyć… Zazwyczaj ludzie kiedy słyszą tę przypowieść myślą, że tą perłą jest Bóg. Ale to nie jest prawda. Przecież Bóg tę przypowieść opowiada. Święty Grzegorz z Nyssy tłumaczy tę przypowieść w ten sposób, że Bóg jest tutaj „osobą poszukującą pereł”. I „w pewnym momencie” ten „Poszukiwacz” znalazł człowieka. Kiedy go znalazł – to oszalał z radości i sprzedał wszystko co ma (tym przecież było wcielenie – Bóg zstąpił z Nieba –sprzedał wszystko co miał – łącznie ze swoim życiem oddanym na krzyżu), żeby zdobyć człowieka. Królestwem Bożym jest więc absolutna miłość do człowieka… Kiedy chrześcijanin czyta Ewangelię, bo kocha Boga i chce być blisko Niego i chce o Nim słuchać i poznawać Go, to Bóg w Ewangelii mówi mu: „Dlaczego się na mnie gapisz? Nie widzisz że umieram z miłości do człowieka? Jeśli mnie kochasz to zrób tak jak ja – oddaj wszystko z miłości do ludzi, oddaj wszystko, żeby ich ratować”. I dlatego chrześcijanie w walce o ratowanie życia są tak bardzo „zawzięci”.

I o tym wszystkim, w różnych kontekstach, opowiada ikona Świętej Rodziny. O takim Słowie ona opowiada. Patrz więc na ikonę, czytaj Pismo i kontempluj Słowo.

IMG_20160930_142424_HDR.jpg

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Święta Rodzina odczytana inaczej

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s